Będąc dziewczynką miałam w sobie dużo wiary, potem przyblakła, później całkiem zniknęła. Nie było mi bez niej źle…chyba. Jakoś to wszystko się toczyło i dotoczyło do dobrego miejsca, ale jak się okazuje, miejsca, w którym czegoś brakuje. Próbuję odzyskiwać wiarę, szukam, dokopuję się poprzez zgliszcza. Pewnego dnia, całkiem niedawno, raptem tydzień temu, obudziłam się o poranku z wielkim lękiem w klatce piersiowej i z brzmiącym w głowie tępo: „A co jak Boga nie ma?”. Przegalopowało przez głowę stado myśli, że tak czy inaczej, niezależnie od tego, czy jest coś poza naszym światem materialnym czy nie, studiowanie Kurs Cudów pomaga, żeby tutaj żyć dobrze, bo lepsze jest życie, w którym z przychylnością, wybaczeniem i radością patrzymy na innych ludzi niż życie przepełnione złością, agresją, irytacją, pretensjami czy smutkiem. Było to na tamten moment jakieś pocieszenie, choć powiem szczerze, dość marne.
Myśl: „Co jak Boga nie ma?” trwała, trwała… Mam już taki nawyk, że to co trudne oddaję Duchowi Świętemu, bo nigdy nie wiem co mam z tym zrobić, więc lepiej, łatwiej oddać i to całkiem nieźle działa. Ale jakoś nie chciałam oddać. Myślałam sobie, że ta myśl chyba jest bardzo ważna, że muszę z nią pobyć (echo nawyków wcześniejszych, przebywania i kąpania się z myślami z nadzieją, że to coś wskóra 😉). Coś mi szeptało, że to ważne, głębokie, ale poza tym nic więcej się nie działo.
Usiadłam i jednak, mimo pewnego oporu oddałam Duchowi Świętemu tą myśl. Nie musiałam długo czekać. Usłyszałam: „To jest jedynie mała, nieistotna myśl. Przestraszyłaś się małej nic nieznaczącej myśli”. I cały lęk minął, rozsypał się w drobny mak i zniknął jak za dotknięciem złotej różdżki.
Czy można nie zgodzić się z cytowaną dziś ideą 😉 ?
